No tak było kiedyś.. i jest nadal. No bo co jest bardziej romantyczne od takiego listu? No co? Kolacja przy świecach? No może i tak.. ale to co innego;P Ja, doświadczony Misio mówię Wam - listy miłosne rozbudzą w choć trochę romantycznym partnerze/erce uczucia do Ciebie ;-) Jeśli takowe skrywa ;)
Najdroższa, Najdroższa! Jeśli tyle jest dobroci na świecie,
to nie trzeba się bać, nie trzeba być niespokojnym. Twój list
nadszedł - siedziałem u swego szefa i omawialiśmy
ubezpieczenia w kopalniach skaleni - wtedy chwyciłem
ten list znowu z tym samym co przedtem drżeniem rąk
i patrzyłem na szefa jak na jakąś zjawę. Ale zaledwie
przeczytałem go dwa lub trzy razy, byłem już tak spokojny,
jak sobie tego od dawna życzyłem i o co się trzy dni temu
modliłem w nocy. Twoja koperta - (to jest nieprawidłowo,
powinno być napisane: koperta, ale "Ty" i "Twój" chcą być
wciąż na widoku) - koperta ze swoimi słowami
uspokajającymi nie mogła tego sprawić, odczytałem je bowiem
dopiero później, a to, co było w liście, powinno było
wszakże mną wstrząsnąć, bo im więcej się otrzymuje,
tym bardziej trzeba się bać na tej nieustannie obracającej się
ziemi - a więc tylko owo "Ty" mogło być tym, co mnie
uwięziło, owo "Ty", za które dziękuję Ci na klęczkach,
bo na mnie je wymusił niepokój o Ciebie, a teraz Ty mi je
spokojnie oddajesz.
Moja Ty najukochańsza! Czy mogę być teraz Ciebie pewny?
Słowo "Pani" ślizga się jak na łyżwach, w przerwie między
dwoma listami może zniknąć, trzeba je ścigać listami
i myślami rano, wieczorem, w nocy, natomiast słowo "Ty"
wszakże trwa, jest tutaj, tak jak Twój list, który się nie rusza
i pozwala, bym go całował, raz i drugi, i jeszcze. Cóż to za
słowo! Nic innego nie mogłoby spajać dwojga ludzi tak bez
żadnej szczeliny, zwłaszcza gdy nie mają oni nic, prócz słów,
tak jak my dwoje.
Byłem dziś człowiekiem najspokojniejszym w całym biurze,
tak spokojnym, jak tylko może od siebie wymagać ktoś
najbardziej surowy po takim tygodniu jak ten ostatni. Jeszcze
Ci o nim opowiem. I wyobraź sobie, dobrze nawet wyglądam,
w biurze jest zawsze kilka osób, dla których codzienne
badanie mojego wyglądu stało się zawodem. One więc
to powiedziały. Nie spieszyłem się, żeby Ci odpisać (zresztą
dziś było to zupełnie niemożliwe), ale nie było we mnie ani
jednego drgnienia które by bez przerwy nie odpowiadało Ci
i nie dziękowało.
Najdroższa, Najdroższa! To słowo najchętniej bym
wypisywał raz za razem przez całe stronice, gdybym się nie
bał, że nie dałoby się ukryć to, co czytasz, jeśliby ktoś
wszedł do Twego pokoju w momencie, gdy byłabyś zajęta
studiowaniem stronic jednostajnie zapisanych. Wczoraj
napisałem do Ciebie tylko kilka linijek, otrzymasz je dopiero
w niedzielę. Byłoby uciążliwe, gdybym chciał je teraz
wycofać, ale nie jest to też potrzebne; wspominam o tym
tylko dlatego, żebyś się niepotrzebnie nie zdziwiła - wprawiać
Cię w zdziwienie, tego rzeczywiście dotychczas
nie zaniedbywałem - jest to kilka linijek bez dary,
nagłówka i podpisu, a chciały one w tej żałosnej niepewności
próbować Ciebie odzyskać. Spójrz na nie życzliwie!
List 2
Ty, owo "Ty" nie jest jednak taką pomocą, jak myślałem.
I dzisiaj, a więc już następnego dnia, zawodzi. Powinienem
wszakże móc być spokojnym i cóż mogłoby być bardziej
wytłumaczalne jak to, że dzisiaj nie będę miał listu. Ale cóż
ja robię? Biegam po korytarzach, każdemu woźnemu patrzę
na ręce, wydaję niepotrzebne polecenia tylko po to, żeby móc
kogoś posłać specjalnie na dół do poczty (bo ja jestem
na czwartym piętrze, nadchodząca poczta jest rozdzielana
na dole, nasi listonosze są niepunktualni, poza tym mamy
wybory zarządu, korespondencja nadchodząca jest olbrzymia
i zanim w stercie głupstw odnajdzie się list od Ciebie,
ja na górze mogę umrzeć z niecierpliwości), w końcu
nie dowierzając całemu światu, sam zbiegam na dół
i oczywiście nic nie znajduję, bo gdyby coś nadeszło,
zostałoby mi doręczone tak szybko, jak tylko jest to możliwe,
ponieważ trzy osoby zobowiązały się wobec mnie,
że Twoje listy będą mi przynosić na górę przed wszelką inną pocztą...
List 3
Źle mnie zrozumiałaś, jeśli sądzisz, że od małżeństwa
powstrzymuje mnie myśl o tym, iż ja, otrzymując Ciebie,
mniej bym zyskał, niż musiałbym stracić, wyrzekając się
życia samotnego. Wiem, że tak myślisz, także w rozmowie
tak to sformułowałaś, ja zaś od razu zaprzeczyłem, ale, jak
widzę, nie dość radykalnie. Nie o to mi szło, że musiałbym
się czegoś wyrzec, bo ja także po ślubie pozostałbym tym,
kim jestem, i to jest właśnie to złe, co Cię czeka, gdybyś się
zdecydowała. Tym, co mnie powstrzymywało, było wydumane
uczucie, że całkowita samotność jest moją wyższą
powinnością, wcale nie zyskiem, wcale nie przyjemnością
(w każdym razie nie w takim znaczeniu, jak Ty to
rozumiesz), lecz moim obowiązkiem i moją męką. Teraz już
ani trochę w to nie wierzę, to była sztuczna konstrukcja, nic
więcej (może uświadomienie sobie tego będzie i nadal
pomagać), i została ona obalona po prostu przez to, że ja bez
Ciebie nie mogę żyć. Właśnie taką, jaką jesteś, z tym
okropnym ustępem w Twoim liście, taką chcę Ciebie mieć.
I znowu nie jako pociechę i nie dla mojej przyjemności,
lecz żebyś jako człowiek samodzielny żyła tutaj ze mną.